niedziela, 22 września 2013

Kuzyn i zielone smoki.

Wczoraj obudziłam się ścierpnięta pod toną papierów. Dzień minął mi szybko. Cały mój czas pochłonęło dopinanie na ostatni guzik kontraktu z francuzami. Cesc z rodziną pojechał wczoraj do parku rozrywki, dzwonił kilka razy dowiedzieć się czy aby na pewno dokumenty mnie nie zjadły. Dzisiaj miałam już więcej wolnego czasu, kontrakt z francuzami jest gotowy. Mogłam spokojnie spotkać się z rodzinka Fabregasów. Słońce świeciło dziś bardzo mocno, niebo było nieskazitelnie niebieskie. Założyłam na siebie błękitne rybaczki, pastelowo różową koszulkę i sandałki na wysokim obcasie. Udałam się do domku Cesca i jego rodziny. Dochodziła 10.00, kończyli właśnie śniadanie.
- Cześć moja ukochana rodzinko – powiedziałam wchodząc na taras.
- Ciocia! – krzyknęła podbiegając do mnie Lia – Co dzisiaj robimy?
- Pomyślałam, że możemy wybrać się na sąsiednią wyspę do „Raju papug”.
- Tak, tak! Lubię ptaszki.  – odpowiedziała słodko Lia.
- Ines, możemy poczekać z godzinkę? Za chwilę powinien tu być mój kuzyn, Pablo. Może będzie chciał pojechać z nami.
- No jasne, nie ma problemu.
- Chcesz może kawy? – zapytała Daniella.
- Chętnie. – odpowiedziałam.
Po kwadransie rozdzwonił się telefon Cesca. ‘Cześć stary, domek 2032 przy plaży, powinieneś trafić’, a po 5 minutach w drzwiach pojawił się Pablo. Mężczyzna był w naszym wieku, bardzo przystojny. Miał ciemne włosy, lekki zarost, a oczy zasłonięte miał okularami przeciwsłonecznymi. Jeansowa koszula i beżowe spodenki idealnie podkreślały jego umięśnione ciało.
- Przybyłem i też bardzo się cieszę, że was widzę. Miło znowu widzieć przepiękną żonę mojego słynnego kuzyna i moją ukochaną małą księżniczkę. I Panią, której jeszcze nie znam, ale już się w niej zakochałem – powiedział wskazując na mnie.
- Już się tak nie podlizuj. To jest właśnie mój kuzyn Pablo… - zaczął Cesc, ale przerwał mu Pablo.
- Pablo Fabregas, bardzo mi miło poznać. – powiedział całując moją dłoń.
- Ines Pereira. Mi również bardzo miło. – czułam, że się rumienię.
- A to, czyli dzięki tobie mam teraz gdzie spać i mam taki piękny widok z okna w pokoju. Może w ramach wdzięczności dasz się zaprosić na drinka?
- W sumie, czemu nie.
- Wy jak chcecie możecie iść z nami. Lię zostawimy pod czyjąś opieką, a sami się troszkę zabawimy. – zaproponował Pablo zwracając się do kuzyna i jego żony.
- Dziękujemy Pab, ale mamy już inne plany na ten wieczór. – odpowiedziała Dani.
- Tylko uważajcie żeby się Lia rodzeństwa nie dorobiła. – powiedział roześmiany Pablo, po chwili Cesc spiorunował go wzrokiem.
- To co, możemy jechać? – zapytałam przyjaciół.
- No pewnie, wezmę tylko torbę i możemy ruszać – odpowiedział dzisiaj Dani, która postawiła na wygodę, jeśli chodzi o dzisiejszy ubiór; zielony topik i krótkie, jeansowe spodenki. Jednak nie mogło się obyć bez wysokich obcasów, dzisiaj założyła sandałki na koturnie.
Udaliśmy się pieszo do portu, który znajdował się mniej więcej 15 minut drogi od hotelu. Czekał tam na nas sporej wielkości jacht. Rejs minął szybko, wyspa oddalona była niecałą godzinę drogi z Gran Canarii. Na miejscu mała Lia była zachwycona tysiącami kolorowych papużek latających nad jej głową. Wszyscy świetnie się bawiliśmy. Pod koniec naszej wycieczki po ‘Raju papug’ usiedliśmy w przesłodkiej kafejce. Panowie z Lią poszli po kawę, a ja z Dani zajęłyśmy miejsce przy jednym ze stolików.
- Zauważyłam, że Cesc i Pablo bardzo dobrze się dogadują.
- Oj tak, są jak bracia. Kiedyś byli nierozłączni, razem się wychowywali, grali w piłkę. Niestety później Pab musiał zakończyć swoją przygodę z piłką, Cesc wyjechał do Londynu. Pablo bardzo to wszystko przeżył, na początku nie mógł się z tym wszystkim pogodzić, na szczęście później zrozumiał. I znowu był tym samym, Fabregasem co wcześniej. – opowiedziała Daniella.
- O czym tak plotkujecie? – zapytał się Cesc, odkładając tacę z filiżankami na blat stołu.
- Obstawiam, że albo gadały o butach albo o nas. Zawsze się zastanawiałem jak one wytrzymują w takich butach – powiedział Pablo wskazując na moje szpilki i koturny Dani.
- Te buty są bardzo wygodne. A rozmawiałyśmy o was. – odpowiedziałam.
- Mam nadzieję, że sama dobre rzeczy. – odpowiedział Cesc.
- Oczywiście kochanie. – odpowiedziała Dani, biorąc Lię na kolana.
- Wujku, a długo z nami zostaniesz? – zapytała się mała księżniczka.
- Tak, nigdzie się nie wybieram.  Zostanę z wami jak najdłużej się da. – odparł Pab.
- To dobrze, bo się za Tobą bardzo stęskniłam. – powiedziała Lia.
Zbliżała się 17, nasz jacht odbił od brzegu w kierunku Gran Canarii. Siedziałam na sofie, na dziobie statku, gdy nagle przyszedł do mnie Pablo.
- Mogę się dosiąść?
- No pewnie.
- Nad czym tak myślisz? – powiedział.
- Nad tym, jak to będzie, gdy wrócę do domu, do Barcelony…
- Czyli nie jesteś stąd. To, co tu robisz?
- Powiedzmy, że pewien człowiek zmusił mnie do wyjazdu.- ‘Proszę nie drąż tego tematu, nie teraz’ pomyślałam.
- Widzę, że to nie jest Twój ulubiony temat. Jeśli nie chcesz mówić to zrozumiem.
- Dziękuję. Zaproszenie na drinka jest nadal aktualne? – zapytałam, szybko zmieniając temat naszej rozmowy.
- Tak. – odpowiedział z zalotnym uśmiechem. – O 20 przed hotelem?
- Okej, będę gotowa.
Wróciłam z rodzinka Fabregasów do hotelu, po drodze umówiłam się z Cesciem i Dani, że jutro o 11 do nich przyjdę i pojedziemy do szkółki surfingowej. Wzięłam kluczki od samochodu i pojechałam do mieszkania. Dopiero w domu zauważyłam, że mam 30 nieodebranych połączeń od Carlosa męża Marty. Strasznie się przestraszyłam, miałam nadzieję, że z Martą i dzieckiem wszystko w porządku. Szybko wybrałam numer Carlosa, ale nikt nie podnosił słuchawki. Zadzwoniłam do Marty, po chwili usłyszałam jej głos.
- Musisz szybko do nas wracać, mały bardzo chce poznać swoją ciocię. – zaczęła.
- Martuś, o czym ty mówisz?
- Zostałaś ciocią, zaraz ci wyślę zdęcie Twojego chrześniaka.
- Naprawdę? To wspaniale, zostałam ciocią. – zaczęłam cieszyć się jak głupia. – Jak mój chrześniak ma na imię?
- Johann Rudolf Fritz Gomez Schneider, tak ma wpisane w metryczkę. Dostał 10 punktów, ma 54 centymetry i waży 3,2 kilo. A oczy ma po swoim ojca, czarne jak smoła.
- Johann, ślicznie. Ty wypoczywaj, a ja idę oblać narodziny swojego chrześniaka. Buziaczki dla świeżo upieczonej mamusi i tatusia.
Uradowana wzięłam szybki prysznic, założyłam koralową sukienkę do kolan wiązaną w pasie i brązowe sandałki na obcasie. 5 minut przed czasem byłam już przed hotelem. Hiszpanie kochaj się spóźniać, jak się umawiają na 20 to przychodzą na 20.30 i nikt się tym nie przejmuje. Mimo że jestem Hiszpanką z krwi i kości nienawidzę tego. Zawsze przychodzę wcześniej i czekam jak głupia, na szczęście nie tym razem. Równo o 20 przed głównym wejściem pojawił się Pablo. Biało-cytrynowa koszulka, jeansy do kolan i białe Conversy, tak prezentował się tego wieczora Pab.
- Hej, ślicznie wyglądasz. – przywitał mnie buziakiem w policzek.
- Hej, dziękuję. Idziemy?
- Jasne, słyszałem o fajnym klubie na plaży, może tam pójdziemy?
- Jestem za.
Do klubu na plaży było niedaleko, przez całą drogę gadaliśmy i śmialiśmy się. Bardzo dobrze czułam się w jego towarzystwie. Gdy dotarliśmy na miejsce usiedliśmy na pufach przy jednym stoliku na piasku.
- Czego się napijesz? – zapytał się Pablo
- Mojito na początek poproszę. Dzisiaj mamy co oblewać, chrześniak mi się urodził.
- Gratuluję, to już idę po drinki.

                                                      ~*~

Obudziłam się z potwornym bólem głowy, w obcym mi łóżku, niewiadomo gdzie.
- Dzień dobry, dobrze się spało? – usłyszałam po chwili głos Pabla.
- Dzień dobry – odpowiedziałam z trudem podnosząc się z łóżka.
- Wiedziałem, że będą ci potrzebne. Proszę, tabletki na kaca i szklanka wody. Zjesz ze mną śniadanie?
- Z chęcią. – odpowiedziałam i łyknęłam tabletki.
- To zapraszam na taras, wszystko gotowe.
Usiedliśmy do stołu, próbowałam sobie przypomnieć wczorajszy wieczór i noc, ale w głowie miałam totalną pustkę.
- Pablo, tak w ogóle to, co ja tutaj robię? – miałam nadzieję, że zaraz moja luka w pamięci zostanie uzupełniona.
- Nic nie pamiętasz? – powiedział Pab próbując powstrzymać się od śmiechu.
- No wiem, że byliśmy w klubie i pamiętam jak piłam drugiego drinka…. A później pusto, nie wiem, co było dalej.
- Na dwóch drinkach się nie skończyło. Jak piłaś czwartego to zaczęłaś mówić, że widzisz latające, zielone smoki, które chcę się z nami pobawić. Wtedy uznałem, że najwyższy czas zabrać cię do domu, a nie wiedziałem gdzie mieszkasz, to przyprowadziłem cię tutaj. Uwierz to nie było takie proste. Jak niosłem cię po plaży to zaczęłaś śpiewać jakąś piosenkę. W sumie nie wiem, co to było, jakaś mieszanka wszystkiego, co się da.
- Jaki wstyd. Już więcej nie piję. Przepraszam.
- Nie przepraszaj, bo to nawet słodkie było. – posłał mi ten uroczy uśmiech.
- Która jest w ogóle godzina?
- 10.50 – odpowiedział Pablo patrząc na zegarek.
- Przecież ja za 10 minut jestem umówiona z Daniellą i Cesciem.
- Spokojnie, dzwoniłem do Cesca. Jak usłyszał historię o smokach to postanowił przełożyć wasze spotkanie na popołudnie jak już będziesz w stanie cokolwiek robić.
- Dziękuję, kochany jesteś. – podeszłam do niego i pocałowałam w policzek.


-----------------------

Wróciłam, długo mnie tu nie było. Najpierw obóz, później powrót do szkoły. Czasu mam niewiele. Szkoła, znajomi, nauka. Masakra… Nawet nie wiem, kiedy minął ten miesiąc. Mam nadzieję, że mimo tak długiej nieobecności nadal będziecie czytać moje wypociny. Obiecuję, że jak tylko znajdę czas to ponarabiam zaległości na waszych blogach.
Buziaczki Ines. ;*



niedziela, 18 sierpnia 2013

Dzień pierwszy. Las Alcaravaneres y Las Palmas de Gran Canaria.

Z samego rana zaczęłam zajmować się przyjazdem kuzyna Cesc do hotelu. Zarezerwowałam mu apartament w głównym budynku, z widokiem na ocean. Po szybkim śniadanku udałam się pod domek Fabregasów. Zapukałam do drzwi, które po chwili otworzyła mi Daniella.
- O już jesteś. Wchodź, Cesc właśnie próbuje się zebrać w sobie. – zaczęła się śmiać.
Weszłam do środka, z łazienki usłyszałam krótkie ‘Cześć’. Mała Lia siedziała na łóżku i bawiła się pluszakami. Gdy mnie zobaczyła, zeskoczyła z dużego łóżka i przybiegła do mnie.
- Ciocia! – krzyknęła przytulając się do moich nóg.
- Cześć królewno. Wyspałaś się?
- Tak. Ale tata strasznie chrapał. – powiedziała z poważną mina. Na co z Daniellą zareagowałyśmy śmiechem.
- Z czego się tak śmiejecie? – zapytał zdezorientowany Cesc, który właśnie wyszedł z łazienki.
- Z ciebie kochanie. – powiedziała Dani przytulając się do męża. -To dzisiaj robimy?
- Na parkingu czeka na was samochód. Tu są kluczyki.  – podałam im kluczyki do białego Audi Q5 – Pomyślałam, że dzisiaj nie będzie wam się chciało gdzieś daleko jeździć, bo wczoraj dopiero przyjechaliście. W GPSie macie wyznaczoną trasę na plażę Las Alcaravaneres. Nie będzie tam aż tyle ludzi, co tutaj. Wieczorem możecie pojechać do Las Palmas de Gran Canaria, znam tam świetną restaurację. Znajduję się w porcie, koło głównego pomostu, ma duży szyld z napisem ‘Mariposas’, więc na pewno jej nie przegapicie.  Po kolacji możecie przejść się promenadą, pooglądać ruiny. Ogólnie miasto warte zobaczenia. Ale uprzedzam, jest to największe miasto na wyspie, więc nie gwarantuję, że nie zostaniecie rozpoznani.
- Już się do tego przyzwyczailiśmy. Czasami już nie zwracam uwagi na paparazzi, w końcu to ich praca. Zostając piłkarzem wiedziałem, na co się decyduję.
- Masz rację. Dobra, ja was zostawiam. Życzę miłego dnia, jakby co to dzwońcie. – uśmiechnęłam się i skierowałam do wyjścia.
- Nie jedziesz z nami? – Cesc i Dani zapytali równocześnie.
- Nie. Moim zadaniem jest tylko zorganizowanie wszystkiego.
- Ale jak to? Myślałam, że będziemy te dni spędzać razem? – powiedziała smutno Daniella.
- Nie ma opcji, jedziesz z nami. I nie chcę słyszeć słowa odmowy. – zaprotestował Cesc.
- Ale Cesc… To nie należy do moich obowiązków. Zresztą jak to sobie wyobrażasz? Mam w tym stroju jechać na plażę? – wskazałam za elegancką białą sukienkę do kolan, ze złotym paskiem w talii.
- Yyyy. No to się przebierz.
- Myślisz, że zabieram ze sobą do pracy walizkę z ciuchami?
- Tak właśnie myślałem. No to pojedziemy do ciebie, przebierzesz się i pojedziemy na plaże. – powiedział dumny ze swojego pomysłu Cesc.
- Za 30 minut na parkingu? – zaproponowała Dani.
- Pff. Niech będzie.
Nagle na ich twarzach zagościły przepiękne uśmiechy. ‘No i jak takim odmówić? Tylko żeby mnie nie wywalili.’ Pomyślałam. Po chwili wyszłam z ich domku i udałam się do gabinetu. Wszystkie dokumenty, które miałam dzisiaj wypełnić będę musiała wziąć do domu.
- Camila, nie widziałaś może umowy z Yoną Carreac? Nie mogę jej znaleźć.
- Tutaj jest. – podała mi białą teczkę.
- Oh dzięki. Nienawidzę robić czegoś w pośpiechu.
- Gdzie się tak spieszysz? Przecież byłaś już u Fabregasa.
- Namówili mnie żebym z nimi pojechała dzisiaj na plaże.  Dlatego wszystkie papiery muszę zabrać do domu, zapowiada się uroczy wieczór z toną dokumentów. – powiedziałam zrezygnowana.
- Czy mi się tyko wydaje, czy ty właśnie marudzisz, że jedziesz z CESCIEM FABREGASEM na plażę? – musiała to podkreślić.
- Nie wydaje ci się.
- Z kim ja się przyjaźnię? – zapytała się patrząc w sufit. – Ile razy mówiłaś, że chciałabyś przeżyć jeden dzień z piłkarzem Barcelony? Teraz masz okazje i jeszcze narzekasz? - Westchnęłam. – Gdzie jedziecie?
- Do Las Alcaraveras i Las Palmas de garn Canaria.
- Świetnie. Masz już wszystko?
- Chyba tak.
- No to zapraszam do wyjścia. – uśmiechnęła się i otworzyła drzwi. – Do zobaczenia jutro i baw się dobrze.
Nic nie odpowiedziałam tylko spojrzałam na nią wzrokiem mordercy.
- Ja też cię kocham. – podeszła i pocałowała mnie w policzek.
Gdy wyszłam z hotelu czekali już na mnie moi dzisiejsi towarzysze. Dani miała na sobie śliczną czerwono różowo białą sukienkę w wzorki na cieniutkich naramkach. Cesc założył granatowe spodenki w małe kwiaty, biały t-shirt z nadrukiem i czapkę z daszkiem. Lia cudownie wyglądała w czerwonej sukience. Obładowana podeszłam do nich.
- Zamierzasz to wszystko wziąć ze sobą na plaże? – zapytał Cesc wskazując na torbę z laptopem, segregator i trzy teczki.
- No pewnie. – odpowiedziałam sarkastycznie. – Muszę to zabrać do domu.
- Całe szczęście. Już myślałem.
- Oj Cesc. Ja pojadę swoim samochodem, a wy swoim.
- Okey. Daleko mieszkasz?
- Za jakieś 15 minut będziemy. Tylko jeźdź na z mną, bo się zgubisz.
- Tak jest. – odpowiedział.
Zapakowałam wszystko do bagażnika i wsiadłam do swojego Mini Coopera. Wcisnęłam gaz i ruszyłam. Cesc kilka razy próbował mnie wyprzedzić, ale nie dałam mu szansy. Nigdy nie jeździłam wolno, kilka mandatów już dostałam, ale tak to już jest w Hiszpanii. Każdy jeździ po swojemu nie patrzą na znaki. Po 15 minutach byliśmy pod apartamentowcem.
- Kto ci dał prawo jazdy? Widziałaś, że tam był ograniczenie do 80km/h? – zapytał Cesc.
- Widziałam. Ale tu nigdy nie stoi policja. – odpowiedziałam.
- Ona chciała nas zabić, mówię ci. – zwrócił się do Danielli.
- No rozszyfrowałeś mnie. – uśmiechnęłam się – Nie wmówisz mi, że nigdy nie jeździsz tak szybko.
- Oczywiście, że jeździ. Ale kiedyś postawiłam mu warunek. Albo zwolni jak jeździ ze mną i Lią albo nigdy nie wsiądę już z nim do samochodu. Od tamtego czasu jeździ zgodnie z zasadami i nie dostał żadnego mandatu. No chyba, że ja o czymś nie wiem? – powiedziała przez śmiech Dani zwracając się do męża.
- Yyy no ten. Oczywiście, że nie dostałem. Ja? No przecież obiecałem. – próbował się jakoś wytłumaczyć, na co zareagowałam niekontrolowanym śmiechem.
- I tak wiem, że dostałeś. Gerard się wygadał. – powiedziała Dani.
- No to było tylko raz, spieszyłem się na trening. Wybaczysz mi? – spojrzał na swoją żonę miną zbitego psiaka.
- Wiesz, że nie potrafię się na ciebie długo gniewać. 
‘Jak oni się kochają.’ Pomyślałam.
- Dobra chodźcie już, bo nie dojedziemy na tą plaże.  - Ruszyli za mną, po chwili już odklęczałam mieszkanie. Położyłam wszystkie papiery na stoliku.
- Wow. Niezłe to mieszkanie. – powiedział Cesc rozsiadając się na kanapie.
- Też mi się podoba, ale ja nie przykładałam do niego ręki. Mieszkanie jest służbowe, ja tu tylko mieszkam.
- Idę się przebrać, za chwilę wracam. Czujcie się jak u siebie.
Wbiegłam po schodach na górę i znikłam za drzwiami garderoby. Szybko wybrałam pomarańczową sukienkę z koronki i różowe bikini.  Wzięłam szybki odświeżający prysznic. Założyłam uszykowany komplet, do torby plażowej zapakowałam ręcznik, ipoda, krem do opalania i okulary przeciwsłoneczne. Chwilę później zeszłam na dół. Lia siedziała na dywanie i bawiła się moim pluszowym misiem, Śniegusiem. Dostałam go na 10 urodziny od mojej zmarłej już prababci Valerii. Nigdzie nie widziałam Cesca, ale po chwili zorientowałam się gdzie jest.
- Czym ty się żywisz? Nie masz nic w lodówce oprócz jogurtu i soku. – usłyszałam głos Cesca z kuchni.
- Właśnie tym. Zazwyczaj nie mam czasu zjeść przed wyjściem do pracy, więc jadam w hotelu.
- No chyba, że. Myślałem, że się głodzisz.  – posłałam mu uśmiech i wróciliśmy do salonu. Usiadłam koło Danielli. Po chwili podeszła do nas Lia.
- Mamusiu, możemy zabrać misia ze sobą? – zapytała ze słodką minką Lia.
- Nie kochanie. Ten misiu należy do cioci, byłoby jej przykro jakbyś go wzięła. – odpowiedziała spokojnie Daniella, a mała Lia momentalnie posmutniała. – Ale w samochodzie czeka na ciebie twoja żabka i na pewno bardzo za Toba tęskni.
- Naprawdę? – zapytała mała z nadzieją w głosie.
- Tak. Żabka bardzo cię kocha. – Dani ucałowała córeczkę w główkę.
- Kto to jest? – zapytał nagle Cesc trzymający w ręce ramkę ze zdjęciem. Podeszłam do niego żeby mu wyjaśnić.
- To jest moja przyjaciółka Marta.
- Nie jest Hiszpanką?
- Nie, nie jest. Pochodzi z Niemiec.
- Jak na Niemkę jest wyjątkowo ładna. – nie wiem, dlaczego ale zaczęłam się śmiać.
- A to twój chłopak? – sięgnął po kolejną ramkę. Zdjęcie z Camp Nou z zeszłego sezonu z meczu z Malaga.
- Nie, nie ma chłopaka. To jest mąż Marty, Carlos.
- Sorry, mała pomyłka. Nie wiedziałem, że kibicujesz Barcelonie?
- Widzisz, jeszcze dużo o mnie nie wiesz. – poklepałam go po ramieniu – Kibicuję od zawsze.
- To co możemy iść? – wtrąciła się Daniella. – A tak w ogóle to ślicznie wyglądasz.
- Dziękuję. Ja jestem gotowa. Możemy iść.
Cesc wziął małą na ręce i wyszliśmy. Droga nie trwała długo. Oczywiście Cesc trzymał się przepisów, za co został otrąbiony przez innych kierowców. Po około 40 minutach dojechaliśmy. Tak jak się spodziewałam. Na plaży nie było dużo ludzi, oddalona ona była centrum, więc rzadko, kto o niej wiedział. Wynajęliśmy cztery leżaki. Rozłożyłam swój ręcznik koło Danielli. Mała bawiła się w piasku, więc miałyśmy chwilę żeby pogadać. Cesc nie wytrzymał tematu butów i zaproponował, że pójdzie po coś do picia. Wrócił po 10 minutach z trzema kolorowymi drinkami i soczkiem dla małej.
- Cesc, jak chcesz później wrócić do domu? Taksówką? – zapytała Daniella.
- Kochanie, zamówiłem bezalkoholowe. – odpowiedział Cesc i podał nam napoje - Od razu robicie aferę o nic. Kobiety. – powiedział sam do siebie.
- To co idziemy do wody? Taki ładny ma kolor, aż prosi żeby do niej wejść.
- Ja tu zostaje, zbyt wygodne są te leżaki. – powiedziała Dani, poprawiając swój ręcznik.
- Ja idę tatusiu. – odezwała się pierwszy raz od dłuższego razu Lia.
- Ines idziesz? – krzyknął Fabregas wchodząc do oceanu.
- Ciociu proszę chodź. – krzyknęła mała księżniczka.
- I jak takiej odmówić? – zapytałam się Dani.
- Nie da się. – odpowiedział mi z uśmiechem i wróciła do czytania gazety.
- Już idę. – odkrzyknęłam. Wstałam z leżaka i udałam się w kierunku wody. Była naprawdę przyjemna, idealna na upał, jaki panował teraz na wyspach.  Wchodziłam coraz głębiej żeby dotrzeć do Cesca i małej. Gdy się zatrzymałam wody miałam po pas. Usłyszałam tylko ciche „Na trzy. Raz, dwa, trzy!” I już po chwili była cała mokra. Zostałam bezdusznie ochlapana.  ‘Chcecie wojny to będziecie ją mieli’ pomyślałam.  No i zaczęła się wielka wojna na chlapanie wodą.  Po chwili dołączyła do nas Daniella, która stwierdziła, że zrobiło jej się za gorąco. Na ochłodę została przez nas ochlapana.
- To co córeczko, podtopimy troszkę ciocię? – zapytał uradowany Cesc.
- Nie proszę.  – odpowiedziałam.
- Przykro mi, takie życie. –  Cesc uśmiechnął się i zaczął się do mnie zbliżać.
- O nie, nie, nie. Najpierw musisz mnie złapać. – zaczęłam płynąc przed siebie tak szybko jak tylko mogłam.  Widziałam, że chłopak płynie za mną.
- Dobra mam dość. Gdzie ty się nauczyłaś tak szybko pływać? – krzyknął zdyszany Cesc.
- Oj kondycja nie ta. Biedactwo.  – zaczęłyśmy się z Dani śmiać. – Rozmawiasz z mistrzynią Barcelony i wicemistrzynią Katalonii w pływaniu z 2003 roku. – powiedziałam dumnie.
- O, bardzo mi miło. Musiałaś być dobra.
- Byłam.  – tak, ta moja skromność.
Po jakimś czasie siedzieliśmy już na leżakach i opowiadaliśmy śmieszne historie. Budowałam zamki z piasku, gdy nagle Daniella powiedziała:
- Ines zapomniałam ci powiedzieć. Jak byliście w wodzie ktoś próbował się do ciebie dodzwonić chyba z pięć razy.
Przeprosiłam małą i podeszłam do torebki. Wyjęłam z niej mojego iphona. Zobaczyłam pięć nieodebranych połączeń od Marca.  Uśmiech zszedł mi z twarzy. Wciągu ostatniego tygodnia nie dzwonił nie pisał. Miałam nadzieję, że dał sobie spokój. Była jedna nagrana wiadomość. Odsłuchałam ją: „Kochanie czy jest po co się ukrywać? I tak cię znajdę, prędzej czy później cię znajdę. Przede mną nie uciekniesz. A teraz baw się dobrze. Do zobaczenia skarbie. Kocham cię.” Mówił z tą wyższością w głosie. Szybko schowałam telefon z powrotem do torebki.
- Ines wszystko w porządku? – zapytała troskliwie Daniella.
- Tak. – skłamałam.
- Cała zbladłaś? Na pewno dobrze się czujesz? – teraz zapytał Cesc.
 - Tak. Idę się przejść. – wstałam, musiałam zostać na chwile sama. Czułam, że się zaraz rozpłaczę, ręce całe mi się trzęsły.
Szłam przed siebie, nie słyszałam, co się koło mnie dzieje. ‘Czy ten koszmar się nigdy nie skończy? Czy już nigdy nie odetnę się od tamtego życia, od Marca?’ Usiadłam na piasku i zaczęłam płakać. ‘Wiedziałam, że nic nie jest w porządku’ usłyszałam po chwili głos Danielli.  
- Powiedz, co się stało. – nic nie odpowiedziałam – Wiem, że to może głupio zabrzmi, bo znamy się dopiero dwa dni, ale możesz mi zaufać.  Możesz powiedzieć mi, co się stało.
- Wiem. Ale nie mogę. Nie chodzi o to, że wam nie ufam, po prostu nie ma siły o tym rozmawiać. Powiem wam, o co chodzi, ale jeszcze nie teraz.
- Dobrze. Powiesz jak będziesz gotowa. – przytuliła mnie.
- Dziękuję. -  przytuliłam się do niej. Usiadłyśmy na skałkach przy brzegu. Posiedziałyśmy w ciszy, byłam jej wdzięczna, że nic nie mówi, że nie pyta, nie drąży tematu.
- Chodź wracamy do nich, pewnie się martwią, że tyle nas nie mas. – powiedziała po jakimś czasie.
Wróciłyśmy do Cesca i Lii, oboje budowali zamki z piasku. Usiadłyśmy koło nich. Dostałam od Lii za zadanie wybudowanie mostu prowadzącego do zamku. Bawiliśmy się wspaniale, kto by pomyślał, że budowa zamku z piasku sprawi tyle radości. Przypomniało mi się, że rano załatwiłam sprawę noclegu kuzyna Fabregasa w hotelu.
- Cesc, zarezerwowałam twojemu kuzynowi apartament w głównym budynku z widokiem na ocean. Na lotnisko zostanie wysłany samochód po niego. Mam nadzieję, że będzie mu się u nas podobało.
- Na pewno. Niech się w ogóle cieszy, że nie musi spać u nas na podłodze. Jesteś kochana, że tak szybko to załatwiłaś. Dziękuję.
- Nie ma za co.
- Mamusiu, głodna jestem. – powiedziała Lia.
- To co jedziemy? Zbliża się już osiemnasta. Jakaś smaczna kolacyjka?– powiedział Cesc.
- Z miłą chęcią. – odpowiedziałyśmy z Daniellą.
Zabraliśmy swoje rzeczy i skierowaliśmy się do samochodu. Przez całą drogę do auta kłóciłam się z Cesciem o to, kto ma prowadzić. Nasz spór przerwała Dani, która uznała, że teraz ona kieruje.
- No to teraz zginiemy marnie. –skomentował decyzję swojej żony Cesc.
- Teraz to sobie nagrabiłeś. Śpisz dzisiaj na kanapie. – pogroziła mu Dani.
- Kochanie tu nie ma kanapy. – podszedł do niej i przytulił.
- No to… Dobra nieważne. Wsiadajcie.
Dotarliśmy, żyjemy. Dani wcale nie prowadzi tak źle. Myślałam, że będzie gorzej. W racji tego, że wszyscy byliśmy głodni udaliśmy się do restauracji ‘Mariposas’. Znajdowała ona się w porcie, stoliki poustawiane były w ogródku. Teren restauracji ogrodzony był białym płotkiem z donicami, w których rosły zioła prowansalskie i lawenda. Białe stoliki były specjalnie postarzałe, nadawały ten wnętrzu charakteru. Poduszki na krzesłach były kolorowe, a z daszku zwisały plastikowe, różnobarwne motyle. Z głośników cicho leciały stare, hiszpańskie piosenki. Uwielbiałam tą restauracje, mieli tu przepyszne jedzenie i jeszcze ten klimat. Po całym dniu plażowania byliśmy strasznie głodni, Cesc zamówił sobie ‘Stek Surf&Turf’, Daniella  ‘Krewetki po Tajsku’, dla małej Lii zamówiliśmy frytki i rybę, a dla mnie ‘Crostini z mozzarellą i grillowanym koprem włoskim’. Wszystko było przepyszne.
-Mmm pycha. To co jutro robimy? – zaczął Cesc.
- Robicie, ja jutro wracam do pracy. – odpowiedziałam.
- Ale jak to? Nasze towarzystwo jest aż takie złe? – zapytała Daniella.
- Dani nie o to chodzi. Jesteście wspaniali. Spędzanie czasu z wami to czysta przyjemność, ale mam dużo pracy. Te wszystkie dokumenty, co przywiozłam dzisiaj do domu na jutro muszą być wypełnione. Lada dzień podpisujemy kontrakt z francuzami, za który jestem odpowiedzialna. Nie mogę tego tak po prostu rzucić. Ja jestem w pracy, niestety nie mam wakacji tak jak wy.
- Szkoda, naprawdę.. – wypowiedź Danielli przerwał dźwięk mojego dzwoniącego telefonu.
- Przepraszam muszę to odebrać. – wstałam od stołu i wyszłam przed restaurację żeby porozmawiać. Po kilku minutach wróciłam do stolika. – Przepraszam, Francuzi dzwonili. Jedyne, co wam mogę obiecać to, że jak podpiszemy wreszcie ten kontrakt to będę miała tyle czasu, że będę mogła spędzać go z wami.
- Trzymamy cię za słowo. – powiedzieli równo.
Przez resztę wieczoru śmiechu było co nie miara. Gdy zrobiło się już późno poprosiłam Cesca żeby mnie odwiózł. Pod apartamentowcem, w którym mieszkałam pożegnałam się z nimi i ruszyłam do mieszkania. Przebrałam się w dres, usiadłam z kubkiem gorącej herbaty. Byłam strasznie zmęczona, a przede mną jeszcze tyle pracy. To będzie długa noc….


 ------------------------

Udało się. W końcu go skończyłam. Mam nadzieję, że nie jest aż taki zły? :D
To jest już ostatni rozdział dodany w te wakacje. Następny nie pojawi się szybciej niż na początku września, ponieważ dokładnie za 12 godzin wyjeżdżam na wyczekiwany obóz. Życzę wam udanego końca wakacji, bawcie się dobrze.
Buziaki Ines. ;* 



poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kolacja z gwiazdami

Za trzy dni przyjeżdża Cesc Fabregas z rodziną. Zagoszczą w naszym hotelu na trzy tygodnie. Jak się o tym dowiedziałam to prawie zemdlałam. Od dziecka uwielbiałam chodzić na mecze FC Barcelony. Fakt, że niedługo poznam mojego ulubionego pomocnika na świecie dodawał mi skrzydeł. Ale przecież jestem w pracy muszę zachować się profesjonalnie. Nie mogę zemdleć na jego widok. Wszystko przed ich przyjazdem musiało zostać dopięte na ostatni guzik. Domek, w którym mieli mieszkać był sprawdzany chyba z 10 razy.  Co chwilę dzwoniłam do restauracji, szefowej pokojówek czy oby na pewno wszystko jest już zrobione. Po godzinie 14 goście mieli zjawić się w hotelu. No lotnisko pojechał po nich służbowym Land Roverem nasz najbardziej zaufany kierowca, Victor. Miał przywieść ich do bocznego wejścia hotelu, pan Fabregas chciał zostać anonimowy najdłużej jak to było możliwe. Siedziałam w swoim biurze jak na szpilkach oczekując telefonu z recepcji, że goście są już na terenie hotelu.
Nerwowo pukałam paznokciami w blat biurka. Nagle rozdzwonił się telefon. Szybko podniosłam słuchawkę.
- Już są. – usłyszałam.
- Dziękuję.
Szybko poprawiłam żółta sukienkę do kolan i wyszłam z gabinetu.
-  Już? – zapytała Camila
- Tak – lekko uniosłam kąciki ust.
- Trzymam kciuki.
- Nie dziękuję.
Skierowałam się do bocznego wyjścia gdzie stał już boy hotelowy oczekujący na bagaże rodziny. W oddali dostrzegłam nadjeżdżający czarny samochód. Nabrałam powietrza i policzyłam do dziesięciu. Auto zatrzymało się i wysiadł z niego nie, kto inny jak Cesc Fabregas. Ubrany był w białe krótkie spodenki i różowawy T-shirt z nadrukiem. Zaraz za nim wysiadła kobieta i mała dziewczynka. Podeszłam do nich i powiedziałam:
- Dzień dobry, miło mi państwa powitać w naszym hotelu. Nazywam się Ines Pereira i będę się państwem opiekowała przez najbliższe trzy tygodnie. – odrzekłam na jednym  wdechu. ‘Spokojnie dziewczyno oni cię nie zjedzą, chyba?’
- Witam. Cesc Fabregas – podał mi rękę na przywitanie, którą po chwili uścisnęłam. – To jest moja żona Daniella. – wskazał na uśmiechnięta Hiszpankę. – A to nasza córeczka Lia.
Posłałam do pani Danielli uśmiech i kucnęłam przy małej. Była lekko zawstydzona. Miała na sobie piękną sukienkę w kwiatki i rozpuszczone włosy.
- Cześć księżniczko. Jestem Ines, a ty jak masz na imię? – posłałam jej mój najlepszy uśmiech.
- Lia. – odwzajemniła uśmiech i pokazała mi rząd swoich małych ząbków.
- Ślicznie.
- Proszę za mną, pokaże Państwu domek, w którym będziecie mieszkać. – zwróciłam się do pana Cesca
- Może mówmy sobie po imieniu, w końcu spędzimy razem trzy tygodnie. – zaproponowała pani Daniella.
- Właśnie. Doskonały pomysł kochanie.  – powiedział Cesc i pocałował żonę w policzek.
- Nie ma problemu. To zapraszam.
  Dani wzięła małą na ręce i ruszyliśmy.
- Wasz domek znajduje się w wschodniej części obiektu. Macie kawałek prywatnej plaży i basen.  Oto on. – wskazałam na mały bungalow. Wyglądał jak zminimalizowany hotel, te same kolory, wykończenia. Weszliśmy do środka, sypialnia była w kolorze piaskowym, drewniane meble i wielkie okna. Widok rozciągał się na ich basen, plaże i ocean.
- Tu macie mapkę naszego hotelu. W kółku zaznaczyłam mój gabinet, na odwrocie jest zapisany mój numer telefonu. Rozgośćcie się, boy zaraz przywiezie wasze bagaże. Jakbyście coś potrzebowali to dzwońcie. O godzinie 20 zapraszam na kolacje. Omówimy wszystko.
- Dziękujemy. To widzimy się na kolacji. – uśmiechnął się Cesc.
- Mamusiu, mogę iść do basenu? – Lia podeszła Dani.
- Słoneczko, za chwilę. Musimy odnaleźć twój strój kąpielowy.
Wróciłam do swojego gabinetu, po chwili weszła Camila. Rozsiadła się wygodnie na kanapie i zaczęła zadawać tysiące pytań.
- Opowiadaj. Jak było? Jest taki przystojny jak w telewizji? Ma takie śliczne czekoladowe oczy? A jak wygląda jego córeczka?
- Stop! Wystarczy tych pytań. Ty tylko o jednym. Kochana nie zapominaj, że on ma szczęśliwą rodzinę. Ma żonę, którą kocha i śliczną córkę, poza którą świata nie widzi.
- Oj, nie marudź. Ja tylko się pytam. Chcesz mrożonej herbaty? Przed chwilą zrobiłam.
- Z chęcią się napiję. O 20 jesteśmy umówieni na kolacje. Z miłą chęcią wróciłabym do domu, ale musze wypełnić jeszcze wszystkie dokumenty.
- Jesteś umówiona z Cesckiem na kolacje?
 - Ale ty głupia jesteś. – rzuciłam poduszką w Camile. – Idziemy wszyscy, Cesc, Daniella i Lia. Razem, rozumiesz?
- No rozumiem, rozumiem. Przecież żartowałam. Leć do domu się przygotować, ja wypełnię wszystkie papiery.
- Naprawdę? Dziękuję, jesteś kochana. – pocałowałam ją w policzek. Wzięłam torebkę i pojechałam do domu.
Zbliżał się wieczór, słońce powoli chowało się w oceanie. Poszłam wziąć długa, gorącą kąpiel. Nalałam do wanny olejku lawendowego.  Dopóki woda się nie ochłodziła siedziałam w wannie.  Gdy wyszłam z łazienki puściłam muzykę na full. Odtwarzacz akurat wylosował moją ulubioną piosenkę. Tańczyłam, śpiewałam i szykowałam się do wyjścia. Wyjęłam z szafy purpurową sukienkę z rękawkiem przed łokieć. Do tego sandałki na lekkim obcasie. Zrobiłam sobie delikatny makijaż, wypsikałam się swoimi ulubionymi perfumami. Włosy jak zwykle zostawiłam rozpuszczone. Na nadgarstek założyłam dwie złote bransoletki. Wzięłam zielonką kopertówkę i wyszłam z domu.
Po dwudziestu minutach byłam już z powrotem w hotelu. Udałam się do jednej z restauracja a’la carte w naszym hotelu. Znajdowała się na plaży, była najbardziej kameralna ze wszystkich.  Usiadłam przy przygotowanym dla nas stoliku i czekałam na gości. Po chwili się zjawili. Tak ślicznie razem wyglądali. Cesc miał na sobie jasne jeansy i koszule w fioletową kratkę, Daniella założyła piękną, wzorzystą  tunikę, a mała Lia białą sukienkę w słoneczniki. Usiedli przy stole i zamówili popisowe danie naszego szefa kuchni, czyli „Wszystko, co morze daje” składające się z ryb, owoców morza, glonów i owoców oraz butelkę czerwonego wina z tutejszych winnic.
- Napijesz się?- zapytał mi się Cesc rozlewając wino.
- Nie dziękuję. W pracy jestem.
- Nie jestem w pracy tylko z nami na kolacji służbowej, a to, co innego. – uśmiechnęła się Dani.
- No dobrze, ale tylko jeden kieliszek.
- No to opowiedz nam coś o sobie. Skąd jesteś? – zapytał Cesc.
- Z Barcelony. Dopiero od miesiąca jestem na wyspie. – posłałam mu uśmiech.
- Dlaczego tutaj jesteś, a nie w Barcelonie?
- Tak jakoś wyszło. - W tym momencie do naszego stolika podszedł kelner z jedzeniem. Nie chciałam im mówić prawdy, bo co miałabym powiedzieć? Uciekłam przed byłym chłopakiem? Przecież to by było bezsensu. Może kiedyś powiem im prawdę, ale nie teraz.
- Ines, mam małą prośbę… - zaczął Cesc.
- O co chodzi?
- Za parę dni przyjedzie tu mój kuzyn i czy dałoby radę załatwić mu pokój w hotelu?
- Jasne. Jutro się tym zajmę i dam Ci znać.

Chwilę jeszcze pogadaliśmy, pośmialiśmy się. Cesc opowiadał historie jak to się poznał z Gerardem Pique. Wtedy nie mogła przestać się śmiać. Czułam się w ich towarzystwie bardzo dobrze, Cesc z Dani zachowywali się jakby znali mnie od kilku lat. Po opróżnieniu drugiej butelki wina, (przyznaje się nie skończyło się na jednym kieliszku :P) mała Lia zaczęła robić się śpiąca, więc skończyliśmy kolacje. Coś czuję, że to będą niezapomniane trzy tygodnie. 

--------------

Ten rozdział jest beznadziejny, przepraszam. Miałam w ostatnim tygodniu kompletną pustkę w głowie. Nie mogłam napisać logicznego zdania. Ten rozdział zaczynałam pisać trzy razy... W końcu go skończyłam. Chciałam podziękować dwóm osobom, Paws i Nikaaa dziękuję za słowa otuchy. ;**
Dziękuję wszystkim, za to że jesteście, czytacie i komentujecie.

Buziaczki Ines ;*

sobota, 27 lipca 2013

Tu jest jak w raju

Podróż minęła mi szybko. Połowę drogi przespałam, a drugie pół słuchałam ulubionych piosenek Daniego Martina. Próbowałam nie myśleć o Marcu. Gdy tylko moje myśli wracały do niego do oczu momentalnie napływały mi łzy. Wysiadłam z samolotu, promienie zachodzącego słońca poraziły moją twarz, mocny podmuch wiatru zepsuł moja fryzurę. Na lotnisku zabrałam swoje walizki i skierowałam się do wyjścia. Wsiadłam do pierwszej lepszej taksówki. Z racji tego, że prace zaczynałam dopiero za dwa dni nie musiałam jechać do hotelu. W kopercie, którą dostałam od Javiera znalazłam klucze i adres mojego nowego mieszkania. Nie spodziewałam się willi z basenem, bo przecież to tylko mieszkanie służbowe.
- Paseo Costa Canaria 37 w Meloneras poproszę.
- Bardzo proszę. Jeśli nie będzie korków to za około godzinę powinniśmy być na miejscu. Wakacje? – zapytał kierowca.
- Nie. Praca. – lekko uniosłam kąciki ust. Lubiłam swoją pracę, sprawiała mi dużo przyjemności. Wiedziałam, że hotelarstwo to jest to, co chcę robić do końca życia.
Droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Patrzenie na skały i pędzące samochody po autostradzie nie było wymarzonym zajęciem.  Po jakimś czasie wjechaliśmy do małej miejscowości. Dochodziła 20.00. Wielu ludzi wyszło już na ulice, bary i restauracje były pełne po brzegi. Miasteczko to różniło się od mojej ukochanej Barcelony, miało zupełnie inny klimat. Same hotele, knajpy i kluby. Mimo, że w moim rodzinnym mieście tego nie brakowało to tu było jakoś inaczej, tak obco. W tłumie zobaczyłam mężczyznę, wyglądał jak Marc. Serce mi przyspieszyło, czułam, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Odwróciłam się na siedzeniu za chłopakiem. Z transu wyrwał mnie kierowca.
- Wszystko w porządku? Mam się zatrzymać? Proszę Pani? – mówił lekko zdezorientowany taksówkarz.
- Nie. Dziękuję. Proszę jechać. – odparłam przestraszona. Nadal cała się trzęsłam. ‘Popadam w paranoje. Czy teraz w każdym facecie będę widzieć Marca?’ pomyślałam. Jego tu nie ma, nie wie gdzie jestem. Muszę to zrozumieć. Schowałam twarz w ręce, czułam, że zaraz znowu się rozpłaczę.
Po około 20 minutach samochód zatrzymał się. W tym czasie zdążyłam się ogarnąć. ‘On jest daleko’ powtarzałam sobie w myślach.
- Jesteśmy na miejscu.
- Dziękuję. - Podałam mężczyźnie pieniądze i wysiadłam z taksówki. Przede mną ukazał się wielki, nowoczesny apartamentowiec. Byłam w lekkim szoku.
- Przepraszam to na pewno jest Paseo Costa Canaria 37? – zapytałam z niedowierzaniem.
- Jak najbardziej. Do widzenia. – powiedział kierowca i odjechał.
To, że byłam zaskoczona to mało powiedziane, spodziewałam się małej kawalerki w Centrum miasta, a nie apartamentu z widokiem na ocean. Nie żebym narzekała, ale tego się nie spodziewałam. Weszłam do budynku. Klatka schodowa była spora. Na wprost znajdowała się winda, a po prawej stronie schody. Ściany wyłożone były białym marmurem, podłoga była wykonana z tego samego kamienia, tyle że w kolorze szarym. Na suficie zawieszony był piękny żyrandol. ‘Wow. Teraz tylko pytanie, które to piętro.’ Nagle z windy wyszła młoda para.
-  Przepraszam, na którym piętrze znajduje się mieszkanie numer 37? – spytałam parę.
- Ostatnie – odpowiedzieli równocześnie.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się.
Załadowałam walizki do windy. Więcej i cięższych rzeczy chyba nie mogłam zabrać przeklęłam w myślach. Otworzyłam białe drzwi. Gdy zobaczyłam mój apartament aż zaparło mi dech w piersiach. Na środku dużego pomieszczenia stały dwie duże kanapy w kolorze śmietanki i jeden fotel. Leżały na nich duże ciemne poduszki. Między nimi stała oszklona ława. Na końcu pokoju były ogromne okna do ziemi. Między nimi stały wielkie, szklane wazony, w których rosły bambusy (czy coś przypominające bambusa). Za oknem rozciągał się przepiękny widok na ocean. Wyszłam na balkon, wzburzone wody oceanu uderzały o brzeg plaży.   Wróciłam do pomieszczenia i zobaczyłam, że po lewej stronie koło dużej plazmy było wejście do kuchni. Po lewej stronie od wejścia znajdowały się schody na piętro.  Skierowałam tam swoje kroki w poszukiwaniu sypialni. Nad szerokimi drewnianymi schodami wisiały trzy obrazy. Gdy „wspięłam” się na górę zobaczyłam parę drzwi. Jedne prowadzą do sypialni, drugie pewnie do łazienki pomyślałam. Otworzyłam te po prawej stronie. Zamiast dużego łóżka czy ogromnej wanny zobaczyłam rząd szaf. ‘Jejku, mam garderobę’.  Po jednej stronie były szafy na ciuchy, a po drugiej stronie półki na buty. A końcu pomieszczenia znajdowały się białe drzwi. Podeszłam i otworzyłam je. Moim oczom ukazała się najpiękniejsza łazienka, jaką w życiu widziałam. Na podłodze położone były czarne kafelki, a na ścianach białe. Na jednej ze ścian w wielkiej ramie z umywalką znajdowało lustro. Koło niego duża biała wanna, a za nią okno. Z sufitu zwisał kosmiczny żyrandol. Wszystkie meble w pomieszczeniu były obklejone kolorowym, kwiecistym motywem. ‘Tu jest jak w raju’.  Wyszłam z łazienko-garderoby i otworzyłam ostatnie drzwi. Sypialnia. Na jasnej, drewnianej podłodze leżał puszysty dywan. Po lewej stronie, przy popielatej ścianie stała toaletka.  Na końcu pokoju, stało ogromne łóżko. Obok niego po prawej szafka nocna, po lewej duże lustro w białej, skórzanej ramie. Idealnie pasowało do czarnej ściany, na której wisiało. Cała prawa ścianę pokoju była stworzona z okien. Widok był identyczny jak z salonu. Skoczyłam na łóżko.
- Jak fajnie. Ja stąd już dzisiaj nie wychodzę. – powiedziałam do siebie. Moja sielanka nie trwała długo, bo rozdzwonił się mój telefon. Myślałam, że to kolejny telefon od Marca. Od rana próbował się dodzwonić chyba ze sto razy, oprócz telefonów dostawałam dziesiątki SMSów. Wszystkie od razu kasowałam. Podeszłam do torebki, wyjęłam z niej iphona i spojrzałam na wyświetlacz. Tym razem dobijała się do mnie mama.
Moja mama Natalie była kobietą sukcesu. Ojciec opuścił nas, gdy miałam niecałe 3 latka. Moja rodzicielka pracowała za dwoje. Była właścicielką jednej z największych firm kosmetycznych na świecie, a oprócz tego była najlepszą mamą pod słońcem. Jej praca wiązała się z ciągłymi wyjazdami. Gdy byłam mała ograniczała je do minimum, ale gdy już podrosłam zdążało się, że nie było jej w domu prawie 3 tygodnie. Mimo tego starała się być obecna w moim życiu zawsze. Dzięki niej ciężkiej pracy żyło nad się bardzo dobrze. Miałyśmy mały domek na obrzeżach Barcelony. Dzięki niej skończyłam najlepszą szkołę hotelarską w Hiszpanii. Na osiemnaste urodziny dostałam od niej przestronne mieszkanko w jednej z nowocześniejszych części Barcelony i samochód. Jak sama uznała: „Po co masz codziennie robić tyle kilometrów do szkoły i pracy jak możesz to mieć prawie, że pod nosem? Zresztą ja i tak teraz ciągle wyjeżdżam w delegacje, więc więcej mnie nie ma niż jestem. A nie chcę żebyś siedziała sama w domu. Tam będziesz bliżej przyjaciół” Jej argumentom nie było końca.
- Hej mamuś, coś się stało?
- Hej kochanie. Nie, czy musi się coś stać żebym zadzwoniła do swojej ukochanej córeczki?
- Nie, ale zazwyczaj tak jest.
- Oj, nie przesadzaj. No w sumie mam sprawę. Za tydzień wracam na trochę do domu i pomyślałam, że może się spotkamy. Ląduję w Madrycie, bo mam jeszcze jedno spotkanie służbowe, a później przylatuje do Barcelony. To co, spotkamy się? – skończyła swój monolog.
- Mamuś, jest mały problem. Nie ma mnie w Barcelonie i nie szybko wrócę.
- Jak to? Nie mówiłaś, że wyjeżdżacie gdzieś z Marciem.
- Nie wyjechaliśmy. Znaczy się ja wyjechałam, on został.
- Pokłóciliście się?
- Odeszłam od niego.
- No w końcu. – nic nie odpowiedziałem na te słowa rodzicielki. - Przepraszam córciu, ale wiesz, że nie lubiłam temu chłopca. A po tym, co Ci zrobił nie wiem jak nadal mogłaś z nim być. Powiedz, gdzie jesteś, to przyjadę do Ciebie.
- Jestem na…. Gran Canarii. Tylko proszę nie mów nikomu. Nikt nie wie, że tu jestem i chce żeby tak zostało. A teraz przepraszam cię, ale jestem zmęczona i pójdę się położyć. Jutro wyśle Ci SMSem dokładny adres. Kocham cię.
- Dobrze. Śpij dobrze, kolorowych snów. Kocham się córeczko.
Zeszłam do salonu, gdy zobaczyłam na ławie zapisaną kartkę papieru. Wzięłam ją do ręki i przeczytałam „Zejdź do garażu tam czeka na Ciebie mała niespodzianka. Na stoliku leżą do niej kluczyki. Mam nadzieję, że się spodoba. Javier.’’ Jak przeczytałam tak zrobiłam. Wzięłam kluczyki i zjechałam windą do garażu. Moim oczom ukazał się Mini Cooper. Czerwony, z dachem w odcieniu kości słoniowej i takimi samymi felgami.
- Aaa. – zaczęłam krzyczeć ze szczęścia. Otworzyłam drzwi i usiadłam na miejscu kierowcy. Rękami pogłaskałam kierownicę. –Mam najlepszego szefa na świecie.
Wróciłam do apartamentu, wzięłam kąpiel i położyłam się spać.
Obudziłam się około szóstej rano. Postanowiłam, że przed wyjazdem do hotelu pójdę jeszcze pobiegać. Ubrałam łososiowe spodenki, szary topik oraz buty do biegania i ruszyłam na plaże. Nie mogłam zaniedbać tej formy, którą wyrobiłam w Barcelonie. Na uliczkach i plaży nie było prawie nikogo, tylko nieliczni biegacze i ludzie spacerujący z psami. Wracając wstąpiłam jeszcze do sklepu spożywczego gdzie kupiłam ciepłą bagietkę i wędlinę. Zrobiłam sobie śniadanie, wzięłam szybki prysznic. Teraz musiałam podjąć jedną z ważniejszych decyzji tego dnia, w co się ubrać. W garderobie miałam mnóstwo sukienek, tunik, sweterków. Dobrze, że te szafy były takie pojemne. Musiałam wybrać coś eleganckiego, ale nie zbyt poważnego. Chciałam zrobić dobre wrażenie. W końcu zdecydowałam się na białą sukienkę z dwoma czarnymi paskami na dole do połowy ud. W pasie spięłam ją czarnym, cienkim paskiem. Na nogi założyłam czarne szpilki, a wszystkie drobiazgi schowałam do czarnej torebki.
Gdy przekroczyłam bramę hotelu moim oczom ukazał się ogromny, luksusowy, wykonany w kolonialnym stylu budynek. Długi podjazd wśród tysięcy roślin prowadził do recepcji i holu. Urządzone były w perfekcyjny sposób. Beżowo-ceglaste marmury na podłodze i ścianach, ogromny żyrandol z tysięcy kryształków, kawowe sofy i czarne dodatki. Duże okna sprawiały ze w pomieszczeniu było bardzo jasno. Podeszłam do recepcji. Za ladą stała młodziutka dziewczyna. Miała ciemne włosy do ramion i zielone oczy. Ubrana była w służbowy uniform.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? – zapytała ciepłym głosem.
- Dzień dobry. Ines Pereira. – podałam jej rękę na przywitanie. – Szukam swojego gabinetu. Jestem nową menedżerką.
- Szef mówił mi, że dzisiaj Pani przyjedzie. Zaraz Panią zaprowadzę.
- Dziękuję. – odpowiedziałam.
Szłyśmy długim korytarzem, gdy dotarłyśmy do części biurowej hotelu. Była urządzona równie elegancko i stylowo jak reszta. Młodziutka dziewczyna zapukała drzwi.
- Szefie, to jest Pani Ines Pereira.
Mężczyzna miał około 40 lat, był przystojny, ubrany w jasne jeansy i białą lnianą koszule. Wstał z miejsca i podszedł do nas.
- Bardzo mi miło Panią poznać. Martin Navarro- Podał mi rękę na przywitanie.
- Mi również. Ines Pereira– uścisnęłam jego dłoń,
- Javier dużo mi o Pani opowiadał. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna.
- Też mam taką nadzieję.
- Proszę za mną pokaże Ci twój, przepraszam Pani gabinet.
- Mów mi Ines. – posłałam mu szeroki uśmiech. Mężczyzna oczarował mnie, ale jak dla mnie był stanowczo za stary.
- Martin. Gabi możesz wracać do recepcji. – zwrócił się do młodej dziewczyny.
Szliśmy kawałek, gdy dotarliśmy do oszklonego pokoju.
- To jest Camila, twoja asystentka. – wskazał na ciemnowłosą dziewczynę w moim wieku. Camila miała ciemną karnacje i typowo hiszpańskie rysy. Ubrana była we wzorzystą sukienkę w jesiennych kolorach.
- Dzień dobry, miło mi Panią poznać. – posłała mi ciepły uśmiech.
- Witam, mów mi po prostu Ines. Mi Ciebie również.
Martin otworzył drzwi znajdujące się koło biurka Camili.  Za nimi znajdował się duży gabinet. Na wprost duże okna, po prawej stronie przestronne, wykonane z ciemnego drewna biurko. Za nim ściana była w kolorach brązowo-cielistym, na podłodze puszysty, szary dywan. Pod ścianą po lewej stronie znajdowała się szafa z dokumentami. Koło drzwi usytuowana była cielista sofa.
- To jest Twój gabinet. Rozgość się, jakbyś czegoś potrzebowała to wiesz gdzie mnie szukać.
- Oczywiście. – uśmiechnął się do mnie i wyszedł z gabinetu.
 Po chwili do pokoju weszła Camila.
- Zrobić Ci herbaty, kawy coś do picia?
- Latte Macchiato bym się napiła, bo jeszcze nie ogarnęłam ekspresu w domu. – uśmiechnęłam się, a dziewczyna zaczęła się śmiać.
- Już się robi.

                                                                           ***

Minął już miesiąc odkąd jestem na Gran Canarii.  Marc dzwoni codziennie, pisze SMSy i maile. Kilka razy chciałam odebrać, ale na szczęście się powstrzymałam. W ciągu tego miesiąca zdążyłam zaprzyjaźnić się z Camilą. Jest naprawdę super dziewczyną, mamy dużo wspólnych tematów. Po tygodniu pobytu przyjechała do mnie mama. Trochę pogadałyśmy, pozwiedzałyśmy, ale nie miałam zbyt dużo czasu dla niej. Praca z VIPami jest ciężka, ale przyjemna. Z jednymi pracowało mi się lepiej z drugimi gorzej. Hotel odwiedza dużo biznesmenów, artystów i rosyjskich miliarderów.  Ale mojego następnego VIPa nawet sobie nie wyśniłam. Za trzy dni przyjeżdża…..

-----------
Hola.

Potrzymam was trochę w niepewności kim jest kolejny główny bohater. Jak sądzicie, kto to może być?
Rozdział mam nadzieję, że wam się podoba. Dziękuję z całego serca za kolejne komentarze. Jest to dla mnie bardzo ważne.

Do następnego.
Ines ;*


niedziela, 21 lipca 2013

Wspomnienia


Nadszedł czas się spakować. Wyjęłam z szafy walizki, które po krótkim czasie zapełniłam ulubionymi sukienkami i butami. Kochałam buty, a najbardziej szpilki i sandałki. Jedna z moich szaf wypełniona była po brzegi różnorodnymi butami. Na górnej półce dostrzegałam moje ulubione czarne lakierki od Christiana Louboutina. Stanęłam na palcach, żeby je ściągnąć. Niestety, oprócz butów spadło na mnie duże, bordowe pudełko. – Auć – pomyślałam i spojrzałam na mój ciemny, puszysty dywan. Cała zawartość pudła była rozsypana na podłodze. Ukucnęłam i zaczęłam zbierać zdjęcia. Wzięłam do ręki pierwszą fotografię. Miała może z siedem lat. Przedstawiała mnie i moja najlepszą przyjaciółkę Martę na jednej z barcelońskich plaż. Zostało ono zrobione krótko po tym jak się poznałyśmy.
Marta pochodziła z Niemiec, ale od zawsze chciała mieszkać i studiować grafikę komputerową w Katalonii. Po ukończeniu szkoły średniej wyjechała z rodzinnego Hamburga i znalazła się tutaj, w Barcelonie. Niemka zamieszkała w kamienicy, w której mieszkałam również ja. Zostałyśmy sąsiadkami, a krótko potem najlepszymi przyjaciółkami. Marta miała to coś, zawsze gdy się pojawiała świat od razu robił się piękniejszy. Była piękną szatynką o śniadej karnacji. Duże szare oczy, zgrabny nosek i ten piękny uśmiech. Uwielbiałyśmy razem spędzać czas. Razem się uczyłyśmy, chodziłyśmy na imprezy, często wieczory spędzałyśmy razem na tarasie popijając wino mojego wujka Miguela.
Sięgnęłam po kolejne zdjęcie, na odwrocie widniał napis: z Martą i Lilianą w Madrycie, wrzesień 2008r.
- Liliana… - wyszeptałam spoglądając n piękną Brazylijkę. Dziewczyna przyjechała do Hiszpanii na roczną wymianę studencką. Była wysoka, miała piękną, ciemna karnację. Zielony kolor jej oczu idealnie wpasowywał się w długie, złociste, lekko falowane włosy. Po roku Lil bez słowa wyjechała i kontakt się urwał. Nie wiem, dlaczego się z nami nie pożegnała, dlaczego nie daje znaku życia. Mam nadzieję, że teraz jest szczęśliwa.
Wśród zdjęć dostrzegłam jedno bardzo wyjątkowe zdjęcie. Pierwsze zdjęcie z Marciem. Chwyciłam ja w rękę i wspomnienia same wróciły.
Po ciężkim trzecim roku studiów postanowiłyśmy z Martą wyjechać. Chciałyśmy się zabawić, dlatego nasze kroki skierowałyśmy ku Ibizie. Plan był taki: w dzień plaża, w nocy impreza. Drugiego dnia w klubie przy plaży spotkałyśmy dwóch bardzo przystojnych Hiszpanów. Jednym z nich był Marc, jego towarzysz miał na imię Sergio i był jego młodszym bratem. Byli ze sobą bardzo zżyci. Jeden oddałby za drugiego życie. Chodziliśmy razem na imprezy, na plaże. Razem było nam raźniej. Marc miał takie piękne, czekoladowe oczy. Mogłam się w nie wpatrywać godzinami. Lubiłam przeczesywać dłońmi jego włosy. Były takie miłe w dotyku. Hiszpan był bardzo opiekuńczy, wesoły, za każdym razem potrafił wywoływać na mojej twarzy uśmiech. Nie wiem kiedy, ale się w nim zakochałam. I tak od sierpnia 2010 roku byliśmy z Marciem razem. Wspólne wieczory, noce, poranki. Przy nim czułam się bezpiecznie. Do czasu…
Nie potrafiłam już powstrzymać łez. Dlaczego tracimy osoby, które kochamy? Dlaczego czasami musimy po prostu uciec?
Schowałam zdjęcia do pudełka i odłożyłam je na miejsce.  Czas odciąć się od przeszłości, czas zapomnieć o tym co było, trzeba żyć tu i teraz. Poszłam do łazienki wziąć gorącą kąpiel, po wyjściu ubrałam się w malinowy sweterek i białe rurki. Na nogi założyłam delikatne, beżowe sandałki. Wzięłam w rękę walizkę i wyszłam z mieszkania.
– Na lotnisko poproszę. – powiedziałam wsiadając do taksówki.
Siedziałam w kawiarni na lotnisku. W ręce trzymałam kubek z moja ulubioną kawą. Postanowiłam zadzwonić do Marty. Wyjęłam z torebki mojego białego iphona i wykręciłam numer przyjaciółki.
- Hej kochana, jak się czuje przyszła mamusia? – zapytałam. Niespełna rok temu Marta wyszła za Carlosa, tworzyli taką piękną parę, a teraz za około trzy miesiące mieli zostać rodzicami. Nie chcieli znać płci dziecka, chcieli mieć niespodziankę.
- Znakomicie. Maleństwo kopie dzisiaj niemiłosiernie. Chyba zostanie piłkarzem – zaśmiała się.
- Z pewnością. – umilkłam na chwilę. Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam – Dzwonię żeby się pożegnać.
- Co?
- Za 20 minut mam samolot.
- Ale jak to? Gdzie?
- Nie mogę powiedzieć.
- Nie możesz czy nie chcesz? – zapytała lekko zdenerwowana.
- Jedno i drugie. Przepraszam. – czułam, że łzy napływają mi do oczu.
- Powiesz mi chociaż kiedy wracasz?
- Nie wcześniej niż za cztery miesiące. – nastała cisza, Marta nic nie odpowiedziała. – Muszę kończyć. Niedługo się odezwę. Kocham Cię.
- Ja też Cię kocham. Buziaki.
Gdy się rozłączyłam usłyszałam komunikat: „Pasażerów odlatujących na Gran Canarię proszę o kierowanie się do wyjścia numer 33.”

--------------------------------------------
Przepraszam was, że rozdział jest z małym opóźnieniem, ale byłam w Barcelonie i nie miałam jak go dodać. Przepraszam, że jest taki krótki, ale obiecuję, że następne będą dłuższe. Chciałam wam podziękować za wszystkie komentarze. Nie sądziłam, że to co pisze może się komuś spodobać.

Teraz zrobię małą reklamę. Moi przyjaciele od niedawno piszą opowiadanie. Jest ono trochę o innej tematyce, ale wciąga. Jeśli macie chwilę to zajrzyjcie na: 
http://surrealexception.blogspot.com/. Serdecznie zapraszam.

Zapraszam do czytania i komentowania!
Ines.


czwartek, 11 lipca 2013

Prolog

Obudziłam się, na dworze było już jasno. Spojrzałam na Marca, nie wiem ile tak na niego patrzyłam, ale nie mogłam oderwać od niego wzroku. Najciszej jak potrafiłam wstałam, poszłam się przemyć i ubrać, gdy wróciłam jeszcze słodko spał. Wzięłam kartkę i zaczęłam pisać: Przepraszam, ale nie możemy być dłużej razem. Nie pisz, nie dzwoń, nie szukaj mnie. Kocham Cię, Ines. Chciałam go pocałować ten ostatni raz, ale bałam się, że się obudzi. Zabrałam płaszcz i torebkę, i szybko wyszłam z jego mieszkania. Nie wiedziałam, co dalej robić, ale wiedziałam, że nie mogę tu dłużej zostać. Tak bardzo kochałam to miasto, ale wiedziałam, że tutaj nie odetnę się od Marca. Kochałam go, ale przez wydarzenia z przeszłości nie mogłam mu bezgranicznie zaufać.
Szłam tak ulicami Barcelony przypatrując się ludziom i kamienica, wiedziałam, że niedługo będę już daleko stąd. Skierowałam swoje kroki ku hotelowi, w którym pracowała jako menager. Weszłam do biura i zmęczona usiadłam na krześle. Musiałam spakować swoje rzeczy i udać się do szefa.

- Mogę wejść? – zapukałam do drzwi gabinetu szefa.
- Tak, proszę. – odpowiedział mój szef Javier.
- Tu jest moje podanie o przeniesienie w trybie natychmiastowym. – podałam mu dokument, który wypełniłam chwile wcześniej.
- Ale jak to? Chcesz nas opuścić? Za mało ci płacę? Krzesło w gabinecie masz niewygodne? – powiedział z lekkim uśmiechem.
- Nie, po prostu chcę wyjechać na jakiś czas. Proszę cię żebyś rozpatrzył moją prośbę najszybciej jak się da.
- Oczywiście, jak tylko coś znajdę to dam ci znać.
Po tych słowach wyszłam z gabinetu i ruszyłam na plaże. Gdy tam dotarłam nie było prawie nikogo, Słońce pięknie świeciło, morze miało turkusowy kolor, wiatr lekko rozwiewał moje włosy. Usiadłam na piasku, z ręki do ręki przesypywałam ziarenka piasku. Nagle dostałam sms’a od Javiera: Znalazłem ci coś. Przyjdź do mojego gabinetu. Javier. Zerwałam się z miejsca i ruszyłam z powrotem do hotelu.
Gdy weszłam do pokoju mojego szefa dostałam pismo: „Prośba o przeniesienie została rozpatrzona pomyślnie. Od 1 czerwca 2013r. do 30 września 2013r. Pani Ines Pereira będzie pracować w Hotelu Lopesan Costa Meloneras Resort SPA & Casino na wyspie Gran Canaria. Stanowisko pracy: manager hotelu, opieka gości VIP.
- Gran Canaria? – zapytałam lekko zdziwiona.
- Myślałem, że chcesz wyjechać jak najdalej? Mam poszukać czegoś innego? – odpowiedział Javier.
- Oczywiście, że nie.  Bardzo się cieszę. Będę się zajmować VIPami?  – powiedziałam z uśmiechem na ustach.
- Tak, będziesz się zajmowała klientami z wyższych sfer. Będziesz organizować im czas wolny, doradzać gdzie mogą pójść żeby uniknąć tłumów i się dobrze bawić. Dasz rade, wierze w ciebie.
- Kiedy mam samolot?
- Proszę, tu masz wszystko. – podał mi kopertę Javier.
- Dziękuje, że tak szybko mi coś znalazłeś. Obiecuję, że nie zawiodę. – odparłam, odbierając kopertę.
- Miałaś szczęście, poprzednia manager poszła na urlop macierzyński i akurat mieli wolny etat. O to się nie martwię. Mam nadzieje, że szybko do nas wrócisz.

Pożegnałam się i wyszłam z gabinetu. Otworzyłam kopertę, bilet miałam tego samego dnia o godzinie 17. Wsiadłam do taksówki i pojechałam do domu się spakować. Cieszyłam się, że Javier tak szybko mi znalazł tę pracę. Wyjeżdżając dzisiaj miałam pewność, że Marc nie zdąży mnie powstrzymać. Byłam pewna tego, że chce wyjechać, ale wiedziałam też, że jak go zobaczę to coś we mnie pęknie i nie będę w stanie tego zrobić…

----------
Witam wszystkich. Jestem Ines i postanowiłam, że wreszcie swoje pomysły przeleje na "papier". Nie wiem czy wam się spodoba, mam nadzieję, że tak. Osobiście uważam, że początek jest beznadziejny, ale to pozostawiam waszej opinii. Posty postaram się dodawać co tydzień <chyba, że dostane dziwnego przypływu weny :3>.
Zapraszam do czytania i komentowania!